Kiedy marzenie staje się rzeczywistością

Tę historię można opowiedzieć na wiele sposobów. Zaczęła się wielce niewinnie, wprost różowo, z biegiem lat na drodze pojawiły się pewne wyboje. Wszak nic w życiu nie jest jednoznaczne- i za to życiu chwała, bo to skutkuje naszym rozwojem. Czas upływa, a my możemy w pełni poznać siebie i dotrzeć do swej istoty, aby dawać światu to, co płynie z nas najlepszego.  Pozwólcie więc, że na początek wybiorę bajkowy typ narracji. Uważnie posłuchajcie…

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za pięcioma rzekami, żyła sobie mała Kalinka. Ta nieznana nikomu dziewczynka, ponad wszystko kochała projektować różnorodne stroje. Nikt w jej rodzinie wcześniej tego nie robił. Rodzice aktorzy pokazali jej część artystycznego świata,  dużą część od siebie podarował też dziadek muzyk. Dziewczynka biegała po garderobach i kulisach teatralnych, dziadkowych koncertach oraz planach filmowych. Obserwowała wszystko z wielką dokładnością i zaciekawieniem. Fascynowało ją, jak ludzie mogą się zmieniać w zależności od tego, co na siebie założą i jak zostaną ucharakteryzowani. Uwielbiała dotykać misternie odszyte kostiumy i stworzone ręcznie rekwizyty. Wtedy jeszcze nawet nie wiedziała, jak mocno podświadomie to wszystko wchłania…W wolnym czasie, najchętniej rysowała, malowała, wycinała papierowe lalki lub ubierała te istniejące, kleiła i szyła ubranka. Kiedy przychodziły do niej koleżanki, namawiała je do projektowania, bo uważała, że to największa frajda, jaką można sobie zafundować. Projekty piętrzyły się w pokoju i mała Kalinka poczuła, że potrzebuje więcej inspiracji i wzorów w tej dziedzinie. Odkryła telewizję, która o każdej godzinie prezentowała programy związane z modą i pokazy największych projektantów tego świata. Hipnotyzowało to ją coraz mocniej i mocniej, jakby przenosiła się do innej krainy…Gdy skończyła siedem lat, uświadomiła sobie, że chce zostać projektantką mody, kiedy dorośnie. Choć kusiły ją mniej lub bardziej pokrewne, inne dziedziny artystyczne czuła, że to właśnie jest jej przeznaczone.Mijały lata, a Kalinka rosła. Coraz bardziej analitycznie patrzyła na to, co widzi w mediach. Kiedy osiągnęła wiek czternastu lat, tak bardzo zniechęciła się do świata mody, że postanowiła porzucić dziecięce marzenie i w dorosłości szukać spełnienia w innej branży. Uznała bowiem, że ten „modowy świat” jest zbyt pusty, przesączony blichtrem i układami, wypełniony oceanem używek i pieniędzy…

Czy tutaj ta historia się kończy i ma naprawdę tak smutne zakończenie? Jak myślicie?

To był czas, w którym odstawiłam na bok marzenia związane z modą i rozpoczęłam namiętne poszukiwania swej drogi, w innych dziedzinach artystycznych. Było dużo malowania, śpiewania, tworzenia filmów, pisania, wszelkiego rękodzieła…i pomimo wszystko robienia dalej projektów. Minęło kilka lat…I nawet już nie wiem, w którym dokładnie momencie poczułam, że dłużej nie wytrzymam. Te wszystkie artystyczne zajętości były mi bardzo bliskie (i nadal są, działam mocno interdyscyplinarnie), ale wystarczyło, że zadałam sobie kilka prostych pytań:

,,Co możesz robić codziennie i każdego dnia będzie ci sprawiało radość?”

,,Co przychodzi ci wyjątkowo lekko i nie musisz czekać na specjalny przypływ weny?”

,,W jakim działaniu całkowicie się zatracasz, bo tak bardzo zależy ci na efekcie końcowym?”

Na wszystkie trzy powyższe pytania miałam tę samą odpowiedź: ,,projektowanie mody”. Wtedy zrozumiałam, że nie ma żadnego sensu oceniać danej branży po jej minusach- bo jaka branża ich nie ma? Tym bardziej nie ma sensu ocena pojedynczych postaci, spotkanych na swej zawodowej drodze. Każdego dnia poznajemy bardzo różnych ludzi- i oni nie mogą zburzyć naszej pasji. Tylko kiedy podejmujemy działania zgodnie z naszą prawdziwą naturą- znika nasze ego, a pojawia się szczere zadowolenie z samego procesu tworzenia. Zadowolenie z efektu następuje natomiast, kiedy widać uśmiechy na twarzach odbiorców naszych wytworów. To jeszcze wzmacnia sens naszych działań. Wybrałam więc nieco wyboistą drogę i może nie najprostszą, ale nie wybrałam ucieczki. Ucieczki od swych marzeń, wynikającej z lęku przed specyfiką jakiejś branży. Co więc było dalej?

Wszyscy mnie pytają- lub wręcz traktują jako pewnik, że skończyłam kierunek studiów, zgodny z moją działalnością. Otóż nie- ogłaszam oficjalnie, wszem i wobec 🙂 Świadomie nie poszłam na studia artystyczne. Czułam, że tak duża liczba godzin spędzonych na uczelni i tak duża liczba zdań oraz wizji narzucanych przez profesorów, mogą sprawić, że pasja przemieni się w rzemieślnictwo i będzie aż nadto steoretyzowana. Ja wolałam na własną rękę znaleźć perfekcyjnych rzemieślników. Ukończyłam studia pedagogiczne- to chyba z wielkiej miłości do dzieci. Robiąc mały wtręt- po czasie okazało się, że to był fantastyczny krok- połączyłam moje dwie miłości i utworzyłam Szkołę Mody dla dzieci. Studiując więc w tamtym czasie pedagogikę, pobierałam nauki od najznakomitszych modowych nauczycieli- od ludzi, którzy robią to większą część swojego życia. I robią to perfekcyjnie. Zaczęło się od ubrań, a więc spędzałam dni u krawcowych, które zaznajamiały mnie z tajnikami szycia, tkanin i dopasowywania kreacji do sylwetek. Najpierw tworzyłam stroje dla siebie, jednak z czasem coraz więcej było tworzenia dla kogoś- kobiet i mężczyzn. Teraz dla samej siebie tworzę jeszcze mniej! 😀 Takie to już schorzenie projektanckie i podtrzymanie porzekadła ,,Szewc bez butów chodzi”. O wiele bardziej raduje mnie, kiedy widzę przeszczęśliwego człowieka w moich rzeczach, niż jeśli sama mam je nosić. Doszło więc nawet do tego, że jeśli wykreuję coś, co według mnie wyjątkowo dobrze wyszło- nie jestem w stanie tego zatrzymać, nawet jak początkowo projektowałam to dla siebie. To po prostu musi iść gdzieś dalej w świat! 🙂 Moi klienci myślą, że mam całe szafy wypełnione butami i ubraniami, a ja owszem- mam je- ale to są modele latające po sesjach i pokazach, nie do mojego użytku! 😀 Przez kilka ładnych lat (nie wiem dokładnie ile, nieznane mi są okoliczności przyrody i ramy czasowe już się zatarły) tworzyłam same ubrania. Były to stroje damskie, męskie i dziecięce, na coraz większą skalę. Pojawiły się też całe zestawy ubraniowe- tworzenie kostiumów do spektakli teatralnych na podstawie scenariusza i oglądania aktorów podczas prób, ubieranie muzyków na sceny. No dobrze, dobrze- powiecie- ale kiedy pojawiły się buty? Przecież mam markę przede wszystkim kojarzoną z obuwiem!

Szukałam wtedy miejsca pod pracownię plastyczną. Chciałam w niej dawać upust wszystkim rejonom mojej wyobraźni, potrzebowałam lokalu. Odezwała się do mnie niespodziewanie koleżanka ze szkoły, którą wtedy dodatkowo ukończyłam- związanej z medycyną naturalną. Powiedziała, ze ma lokal, który chętnie będzie ze mną współdzielić. Lokal należał do jej byłego męża- szewca. Nigdy nie stworzyłyśmy tam pracowni. Ona jednak zaszczepiła we mnie pewną myśl. Rozmowy z owym szewcem jeszcze te myśli nasiliły. Ta znajoma wtedy mi powiedziała: ,,Kalina, czuję, że powinnaś zająć się butami. Czuję, że to ci pójdzie.” Ja odparłam, że butami, to absolutnie nie. Żeby ona się nimi zajęła, jeśli ma ochotę. Pomysł ten jednak o dziwo do mnie wracał…Coraz dotkliwiej odczuwałam brak gamy kolorystycznej w obuwiu spotykanym w sklepach. Dodatkowo, mój rozmiar stopy 37,5 przysparzał mi pewnych problemów. Pomyślałam: ,,No dobra, zrobię sobie kilka par ciekawych, kolorowych butów. Tylko dla siebie, żeby mieć w czym chodzić.” I zaczęło się szukanie… Znalezienie w tych czasach doskonałych szewców, a więc ludzi pełniących tak wymierającą profesję- to niemalże cud. Kontaktowałam się z kim mogłam i natrafiałam ciągle albo na wielkie fabryki, które proponowały mi minimum sto sztuk z modelu, albo na istniejących jeszcze gdzieś pojedynczych szewców- ci natomiast proponowali zrobienie jednej pary za kilka tysięcy złotych. Nie o to mi chodziło. Ciągle szukałam, trochę już traciłam nadzieję…I nagle bach! Dostałam odzew pod jednym z moich postów na facebooku. Trochę już nie wierząc w to, że naprawdę dojdę do źródła, którego szukam, wykonałam telefon. I pojechałam na spotkanie. Wcześniej narysowałam  ileś projektów butów. Okazało się, że tak, naprawdę- z tymi ludźmi będę w stanie zrealizować to, o co mi chodzi. Jednak szewcy mocno uśmiali się z moich projektów. Dlaczego? Powiedzieli: ,,Buty bardzo ładne, oczywiście, ale nie do chodzenia”. Musiałam się bardzo wiele nauczyć. Jednak wtedy, kiedy weszłam tam ten pierwszy raz…Poczułam mieszankę tych specyficznych zapachów, dotknęłam tego wszystkiego, z czego robi się buty, poczułam tę atmosferę…Zrozumiałam magię tkwiącą w tworzeniu obuwia. To coś, co najpierw jest rysunkiem, a potem człowieka niesie. Od każdego kroku postawionego w butach, w których dobrze się czujemy, zależy każdy nasz dzień. A dni składają się na życie.

Kilka par powstało dla mnie, jednak znajomi nie pozwolili mi zostać obuwniczą egoistką. Oni też chcieli takie buty! Zaczęłam więc tworzyć więcej, i więcej. Później doszła nowa piękna gałąź- obuwie męskie- kolejny świat do odkrycia. Po raz kolejny utwierdziłam się w tym, że po prostu muszę tworzyć modę, nie umiałabym bez tego żyć, to już część mnie. Dlatego po długich rozważaniach nad nazwą marki (no, w końcu trzeba było te działania przekłuć w markę!), , wydobyłam po prostu na wierzch swoje nazwisko. I tak powstał brand Valentovitch. Upłynął pewien czas, a ja poczułam cała sobą, jakie hasło powinno przyświecać firmie Valentovitch. ,,In colors we trust.” Przecież od tego się zaczęło. To z powodu niewystarczającej ilości kolorów w otaczającym, wykreowanych przez ludzi świecie -nie mówię bowiem o przekolorowej  naturze 🙂 I to hasło będzie mi przyświecać już na zawsze. Kolory czynią nas szczęśliwymi. Opowiem wam o tym więcej następnym razem, obiecuję 🙂 Tymczasem zakończę, licząc na to, że wyczuliście morał, jaki płynie z przedstawionej powyżej historii 🙂

 

Rób w życiu to, co najlepiej wyraża twoją istotę. To, co przychodzi ci z największą lekkością i radością. Dąż konsekwentnie do celu. Rozwiązania i wspaniali ludzie wokół, przyjdą wtedy sami do ciebie. A marzenie stanie się rzeczywistością.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

English »